Pornografia. Zanim kogoś osądzimy

O pornografii mówi się dziś bardzo dużo. Jedni powiedzą krótko: „To jest złe”. Inni wzruszą ramionami: „Dorośli ludzie, ich sprawa”. Jeszcze inni uznają ją po prostu za jedną z form rozrywki.

Nie chciałbym jednak zaczynać od oceniania. Zapytam raczej: co właściwie dzieje się za ekranem? Co dzieje się z człowiekiem, który tam zagląda? Co z tym, który pokazuje siebie? I kto na tym wszystkim zarabia?

Pornografia już dawno przestała być tylko obrazkiem czy filmem. Stała się ogromnym internetowym biznesem. A tam, gdzie są duże pieniądze, pojawia się także marketing, psychologia i bardzo dobrze przemyślane sposoby, żeby człowieka zatrzymać. Żeby wrócił. Żeby kliknął jeszcze raz. Żeby został jeszcze chwilę.

Przygotowując się do tego tematu, zajrzałem na kilka takich stron. Nie polecam tego jako sposobu zdobywania wiedzy. Zrobiłem to między innymi dlatego, że usłyszałem zarzut: „Mówisz o czymś, czego nawet nie widziałeś”.

I rzeczywiście coś zobaczyłem. Nie tylko nagość. Zobaczyłem bardzo dobrze działający mechanizm. Mechanizm, który mówi: zostań jeszcze chwilę. Zobacz jeszcze to. Jeśli to już nie wystarcza, pokażemy ci coś więcej. Jeśli chcesz więcej – zapłać.

I wtedy pomyślałem sobie, że po drugiej stronie tego ekranu nie siedzi anonimowy „odbiorca”. Siedzi człowiek. Może samotny. Może zmęczony. Może przeżywający kryzys. Może ktoś, kto szuka chwili ulgi, zapomnienia albo poczucia bliskości.

Czasem człowiek sam nie wie, czego szuka. Wie tylko, że czegoś mu brakuje. I właśnie wtedy łatwo pojawia się ktoś, kto mówi: „Mam coś dla ciebie”. Tyle że niekoniecznie chodzi mu o twoje dobro. Chodzi o to, żebyś wrócił.

Po obu stronach ekranu jest człowiek

Kiedy myślę o świecie pornografii, widzę przynajmniej trzy grupy ludzi.

Pierwsza to odbiorcy. Ci, którzy oglądają, szukają, czasem płacą. Jedni zaglądają od czasu do czasu. Inni dochodzą do momentu, w którym zaczynają się zastanawiać, czy naprawdę mają nad tym kontrolę.

Druga grupa to ludzie, których widzimy na ekranie. Kobiety i mężczyźni, którzy pokazują swoje ciało, sprzedają swój wizerunek, swoją seksualność, czasami także dostęp do siebie.

Tu też nie chciałbym oceniać pochopnie. Nie znam ich historii. Nie wiem, dlaczego ktoś wszedł w ten świat. Dla pieniędzy? Z ciekawości? Bo ktoś go do tego namówił? A może w pewnym momencie nie widział dla siebie innej drogi?

Jest też grupa trzecia. Najmniej widoczna. To ci, którzy organizują cały ten biznes, tworzą platformy, reklamę, systemy płatności i mechanizmy przyciągania odbiorców. Ich twarzy zwykle nie widzimy. A często właśnie do nich trafiają największe pieniądze.

I wtedy zaczynam dostrzegać coś smutnego. Po obu stronach ekranu jest człowiek. Po jednej stronie ktoś czegoś potrzebuje. Po drugiej ktoś coś oferuje. A gdzieś pomiędzy nimi może być ktoś, kto świetnie wie, jak wykorzystać obie strony.

Nie każda historia jest taka sama. Nie każdy, kto jest w tym świecie, uważa się za ofiarę. Nie każdy chce z niego odejść. Ale znamy też świadectwa ludzi, którzy po latach mówią: „Na początku wydawało mi się to atrakcyjne, ale później przestałem nad tym panować”. Albo: „Myślałam, że będę dobrze zarabiać. Nie wiedziałam tylko, jaką cenę przyjdzie mi za to zapłacić”.

Co mówi Biblia?

W Nowym Testamencie pojawia się greckie słowo „porneia”, oznaczające szeroko rozumianą niemoralność seksualną. Należy ono do tej samej rodziny słów, z której wywodzi się również nasze określenie „pornografia”.

Jedno z najbardziej zdecydowanych zdań znajdujemy w Pierwszym Liście do Koryntian (6,18):

„Uciekajcie od rozpusty”.

Zwróć uwagę na to słowo: uciekajcie. Nie: sprawdźcie, jak blisko możecie podejść. Nie: zobaczcie, czy jesteście wystarczająco silni. Nie: spróbujcie tylko przez chwilę. Uciekajcie.

Może dlatego, że Biblia dobrze zna człowieka. Wie, że nie wszystko, co budzi pragnienie, prowadzi do prawdziwego zaspokojenia. Nie wszystko, co daje chwilową przyjemność, daje później pokój.

Bóg nie stworzył nas jako ludzi pozbawionych seksualności. Pragnienia seksualne same w sobie nie są czymś brudnym czy wstydliwym. Problem zaczyna się wtedy, gdy próbujemy zaspokoić prawdziwe pragnienie w sposób, który niszczy nas albo drugiego człowieka.

Widzę w tym jeszcze jeden wymiar. Duchowy. W Pierwszym Liście Piotra (5,8) czytamy, że diabeł, nasz przeciwnik, krąży jak lew ryczący i szuka, kogo pożreć.

To mocny obraz. Bo zło rzadko mówi na początku, dokąd chce nas doprowadzić. Najpierw coś obiecuje: ulgę, przyjemność, zapomnienie, pieniądze, poczucie bliskości. A później może się okazać, że cena była większa, niż się spodziewaliśmy.

Ktoś chciał tylko rozładować napięcie. Ktoś był samotny. Ktoś chciał zapomnieć o problemach. Ktoś inny pomyślał: trochę zarobię, może nic wielkiego się nie stanie.

Nie dokładajmy jeszcze wstydu

Dlatego zależy mi na jednym. Żebyśmy jako chrześcijanie nie dokładali do czyjegoś problemu jeszcze jednego ciężaru. Wstydu i potępienia.

Wyobraź sobie człowieka, który od kilku lat zmaga się z pornografią. Może wiele razy mówił sobie: „To ostatni raz”. Może modlił się: „Boże, pomóż mi, już więcej nie chcę”. A potem znowu wrócił.

Czy naprawdę najbardziej potrzebuje wtedy kogoś, kto powie: „Jak mogłeś?” Być może on sam mówi to sobie od dawna. Może bardziej potrzebuje usłyszeć: „Dobrze, że mi powiedziałeś. Zastanówmy się, co możemy zrobić”.

To nie znaczy: „Nic się nie stało”. Bo coś się stało. Ale to też nie znaczy: „Jesteś beznadziejny”. Człowiek nie przestaje być cenny dlatego, że się pogubił.

Podobnie warto spojrzeć na osobę, którą widzimy na ekranie. Łatwo powiedzieć: „Sama wybrała”. „Sam chciał”. „Przecież na tym zarabia”. Może tak było. A może historia była bardziej skomplikowana.

Co, jeśli pewnego dnia ta osoba powie: „Chcę z tego wyjść”? Gdzie pójdzie? Kto da jej pracę? Kto pomoże zacząć od nowa? Co, jeśli jej twarz już krąży w internecie i nie da się cofnąć tego, co zostało opublikowane?

Internet ma długą pamięć. I wtedy łatwo powiedzieć: „Trzeba było wcześniej myśleć”. A może lepiej zapytać: „Co możemy zrobić teraz?”

Dla mnie to właśnie jest pytanie chrześcijańskie. Nie tylko: „Kto zawinił?” Ale też: „Kto poda rękę?”

Jezus nie nazywał zła dobrem. Nie udawał, że grzech nie istnieje. A jednak właśnie do Niego przychodzili ludzie ze skomplikowanymi historiami. Może dlatego, że przy Nim można było stanąć w prawdzie o sobie i nie zostać odrzuconym.

Dobrze to widać w scenie z Ewangelii Jana (rozdz. 8). Oskarżyciele przyprowadzają do Jezusa kobietę przyłapaną na cudzołóstwie i chcą ją ukamienować. On odpowiada, że pierwszy kamień może rzucić ten, kto jest bez grzechu. Gdy odchodzą, mówi do niej, że jej nie potępia, ale wzywa ją, by odtąd nie grzeszyła.

A jeśli ktoś naprawdę chce z tego wyjść?

Jeśli ktoś powie ci: „Mam problem z pornografią”, nie musisz od razu wiedzieć, jak go rozwiązać. Możesz powiedzieć: „Nie wiem jeszcze, jak ci pomóc, ale nie chcę, żebyś został z tym sam. Poszukajmy kogoś, kto zna się na tym lepiej”.

A jeśli to dotyczy ciebie, pierwszy krok jest mały. Powiedz o tym komuś. Jednej osobie: zaufanemu przyjacielowi, duszpasterzowi albo terapeucie.

Czasami potrzebna będzie rozmowa z terapeutą. Czasami z mądrym duszpasterzem. Czasami konkretne zabezpieczenia w telefonie czy komputerze. A czasem trzeba będzie zapytać, co dzieje się z człowiekiem, zanim sięgnie po telefon.

Samotność? Napięcie? Zmęczenie? Poczucie odrzucenia?

Bo walka z pornografią często nie polega tylko na zamknięciu strony internetowej. Warto zadać sobie pytanie: czego ja tam naprawdę szukam? Bliskości? Ukojenia? Zapomnienia?

Jeśli nazwiemy ten głód, łatwiej będzie znaleźć to, co naprawdę go zaspokoi. Bo głód można zagłuszyć byle czym. Ale naprawdę nasycić może go tylko to, co jest dla nas właściwe.

Podobnie jest z ludźmi, którzy chcieliby odejść z branży pornograficznej. Nie wystarczy powiedzieć: „To przestań”. Być może ktoś potrzebuje nowej pracy, nowych kwalifikacji, odbudowania relacji albo po prostu człowieka, który przez pewien czas będzie obok.

Bo czasami ktoś naprawdę chce odejść, ale nie widzi jeszcze miejsca, do którego mógłby pójść. Pomóc komuś nie znaczy udawać, że wszystko było dobre. Pomóc znaczy nie zostawić człowieka samego wtedy, gdy chce zacząć inaczej.

Bo w tej historii są ludzie. Nie tylko „uzależnieni”. Nie tylko „osoby z branży”. Nie tylko „grzesznicy”. Ludzie.

Niektórzy nie będą chcieli niczego zmienić. Ale są też tacy, którzy być może właśnie dziś myślą: „Chciałbym z tego wyjść. Tylko nie wiem jak”.

I może najważniejsze pytanie nie brzmi wtedy: „Jak mogłeś się w to uwikłać?” Może lepiej zapytać: „Co mogę zrobić, żebyś nie musiał wychodzić z tego sam?”

Bo człowiekowi, który tonie, nie wygłasza się najpierw wykładu o tym, dlaczego nie powinien był wchodzić do wody. Najpierw wyciąga się rękę.

Najnowsze na YouTube