Główna / z kraju i ze świata / Refleksję po szczycie Korea Płn. – Korea Płd.

Refleksję po szczycie Korea Płn. – Korea Płd.

Pastor Eric Foley
Pastor Eric Foley, Voice of the Martyrs Korea

Szczyt Korea Płn. – Korea Płd. i Deklaracja z Panmundżom: Poczekajmy na głos północnokoreańskich chrześcijan.
Komentarz pastora Erica Foley’a, dyrektora misji Voice of the Martyrs Korea

Voice of the Martyrs Korea jest zbudowana na następującej, podstawowej zasadzie: dążąc do zrozumienia i interpretacji zagadnień związanych z północnokoreańskimi chrześcijanami, najlepiej jest zapytać północnokoreańskich chrześcijan. Faktycznie uważamy, że zanim będziemy się modlić za północnokoreańskich chrześcijan lub im pomagać, powinniśmy starać się czerpać od nich naukę – nie tylko o Korei Płn., ale też o tym, jak każdy z nas może być bardziej wiernym chrześcijaninem w miejscu, w którym Bóg go umieścił.

To najlepsza rada, jakiej mogę udzielić odnośnie pytań o wpływ niedawnego szczytu Północ-Południe na północnokoreańskich chrześcijan. Znalezienie chrześcijanina z Korei Płn., który komentowałby te zagadnienia, z pewnością może wydawać się trudne i czasochłonne. Głosy i opinie przywódców rządowych, reporterów, komentatorów medialnych i analityków są znacznie łatwiej dostępne. Nie zauważyłem, by gdziekolwiek na świecie brakowało chrześcijan zapożyczających sformułowania samego Kim Dzong Una i Mun Dze Ina, by obwołać wspomniany szczyt zaraniem nowego, boskiego dnia. Już w pierwszych dniach po szczycie widziałem na Facebooku pełne emocji wpisy chrześcijan, opisujących wydarzenia szczytu jako Bożą odpowiedź na ich własne, wieloletnie modlitwy – „moment kairos” („właściwą porę”) z rodzaju tych, jakich wcześniej nie widzieliśmy.

Uważam jednak, że chrześcijanie na całym świecie nie powinni w takich chwilach

pośpiesznie dzielić się własnymi i cudzymi myślami i opiniami, lecz przypomnieć światu – i sobie nawzajem – że północnokoreańscy chrześcijanie naprawdę istnieją i tworzą z nami jedno ciało; są głównym Bożym zaopatrzeniem duchowym dla Korei Płn.; są świadomi większości wydarzeń, jakie ty i ja obserwujemy, i mają swój punkt widzenia, którym chętnie się podzielą, dzięki czemu my, ich chrześcijańscy bracia, możemy wiele się nauczyć. Pamiętajmy na przykład, że od 60 do 80 procent północnokoreańskich uchodźców utrzymuje regularny, comiesięczny kontakt ze swoimi krewnymi w Korei Płn., oraz że Koreańczycy z Północy rozwinęli trwałe i niezawodne systemy przekazywania informacji, dzięki którym wiadomości o bieżących wydarzeniach przepływają szybciej, niż moglibyśmy to sobie wyobrazić. Słowa: „Poczekajmy, co powiedzą o tym szczycie północnokoreańscy chrześcijanie”, być może nie wybrzmiałyby na Facebooku zbyt sensacyjnie. Jednak niewykluczone, że stworzenie przestrzeni wypowiedzi dla tych, którzy rzadko otrzymują mikrofon, mogłoby dać nam więcej niż nasze własne łzawo-optymistyczne dywagacje. Być może taka postawa oczekiwania ma też w sobie coś ze słów z Listu do Hebrajczyków 13,3: „Pamiętajcie o więźniach, jakbyście byli razem z nimi więzieni, i o krzywdzonych, jakbyście sami cierpieli”. Przypominanie światu, że powinniśmy poczekać na ich głos, to jeden z konkretnych i praktycznych sposobów, w jaki możemy pamiętać o prześladowanych.

Czekając na ich komentarze, możemy uważnie czytać, co piszą i czym się dzielą świeccy komentatorzy, porównując ich opinie z tym, czego już dowiedzieliśmy się od północnokoreańskich chrześcijan. Czy pełna, miarodajna i nieodwracalna denuklearyzacja jest pokojem, o który chrześcijanie z Korei Płn. polecili nam się modlić? Niestety nie.

Nie znaczy to, że północnokoreańscy chrześcijanie są naiwni,

zaściankowi bądź niepraktyczni lub idealistyczni. Przypominają nam natomiast, że sytuacja w Korei Płn. jest polityczna jedynie w sensie drugorzędnym, przede wszystkim zaś duchowa w naturze. Chodzi tu o narodową niewolę i uległość wobec zła, a broń nuklearna jest jedynie symptomatyczna dla tego zjawiska. Zajmowanie się symptomami często prowadzi do przeoczenia głównych przyczyn. A źródłem problemu jest tu przedefiniowanie przez północnokoreański rząd pojęcia człowieka – nie jako kogoś stworzonego na obraz Boga, ale raczej kogoś użytecznego i lojalnego wobec rodziny Kimów.

Wielu chrześcijan na całym świecie zdaje się widzieć w wydarzeniach szczytu zburzenie istniejących od pokoleń duchowych twierdz, dzięki czemu Korea Płn. i Kim Dzong Un w jakiś sposób zostaną uwolnieni i otworzą się dla nowych myśli i działań w służbie dla Boga. Jednak my w wolnym świecie jesteśmy niepoprawnie naiwni w kwestii głębokości, nieustępliwości i niezwykle zwodniczego charakteru zła. Nasi bracia i siostry z krajów objętych prześladowaniami muszą nam przypominać, jakie naprawdę jest zło, ponieważ to właśnie oni codziennie doświadczają jego palących smagnięć. Nie są przy tym wcale zbyt wyczerpani, wypaleni ani nie znajdują się nazbyt blisko problemu, by nie mieć właściwej perspektywy nadziei. Wręcz przeciwnie, właśnie dlatego, że z pierwszej ręki znają zło, z jakim mamy do czynienia, mogą też poznać prawdziwą nadzieję, gdy taką zobaczą. Mogą nas też nauczyć odróżniać prawdziwą nadzieję od fałszywej oraz czekać na Pana, który rzadko działa według ludzkich kalendarzy czy też za pośrednictwem burzy medialnej.

Chrześcijanie z Korei Płn., z którymi kontaktowałem się bezpośrednio po szczycie, byli zaskoczeni, że wyznawcy Chrystusa z całego świata tak szybko przyjęli jako nowość to, co mówili Kim Dzong Un i Mun Dze In. Gdybyśmy chociaż spojrzeli na poprzednie szczyty między państwami koreańskimi, to dostrzeglibyśmy niemal identyczne odczucia, sformułowania, propozycje, a nawet zdjęcia i podane potrawy. Zwróćmy choćby uwagę na następujące sprawozdanie New York Timesa z 1991 roku dotyczące pierwszego szczytu między obiema Koreami:

„Dzisiaj rano przywódcy Korei Płn. i Korei Płd. podpisali traktat o pojednaniu i nieagresji, wyrzekając się użycia siły zbrojnej przeciwko sobie i stwierdzając, że 38 lat po zaprzestaniu walk doprowadzą do formalnego zakończenia wojny koreańskiej.

Porozumienie ma też przywrócić pewien poziom regularnej komunikacji między obydwoma krajami, w tym linie telefoniczne, ograniczoną wymianę ekonomiczną oraz umożliwić połączenie niektórych rodzin, które zostały rozdzielone w wyniku wybuchu wojny w 1950 roku. Obydwa kraje mają również zobowiązać się do odbudowy połączeń kolejowych i drogowych wzdłuż solidnie strzeżonej granicy, znanej jako Strefa Zdemilitaryzowana, która od niemal czterech dekad jest symbolem zbrojnego podziału kraju.

Przedstawiciele obu stron określili porozumienie jako pierwszy krok w kierunku czegoś, co nazywają nieuchronnym, ponownym zjednoczeniem Półwyspu Koreańskiego […]

Lee Dong Bok, główny rzecznik Korei Płd., określił porozumienie jako >>historyczny kamień milowy i postęp w stosunkach między obiema Koreami<<.

Obie strony zgodziły się również wyrzec wszelkich aktów terroryzmu czy jakichkolwiek wysiłków w celu obalenia rządu drugiej strony”.

W wygłoszonym podczas ostatniego szczytu przemówieniu Kim Dzong Un mówił o nowym dniu,

stwierdzając, że nastanie on „dzięki całkowitemu wypełnieniu wszystkich istniejących deklaracji i umów, zawartych wcześniej między państwami Północy i Południa”. Jednak zagadnieniem przeoczonym we wszystkich wcześniejszych deklaracjach i umowach, jak również w nowej Deklaracji z Panmundżom, jest wojna Kim Dzong Una z jego własnym narodem. Korea Płn. już od dawna chce rozmawiać o pokoju na swojej północy, południu, wschodzie i zachodzie, jednak to, co uważa za swoje wewnętrzne sprawy, zawsze postrzegała – i nadal postrzega – jako tematy zakazane, których nie tylko nie wolno poruszać w negocjacjach, ale nawet o nich wspominać. Chrześcijanom na całym świecie może się wydawać, że dla Korei Płn. czymś naturalnym będzie przejście od rozmów na tematy związane z bronią nuklearną do rozmów o prawach człowieka. Takie oczekiwanie bierze się jednak wyłącznie stąd, że chrześcijanie na całym świecie niezbyt dobrze znają Koreę Płn. Nawet delikatne i sporadyczne uwagi o prawach człowieka, poczynione przez Stany Zjednoczone podczas przygotowań do bieżącego szczytu, skłoniły Koreę Płn. do – jak sama się wyraziła – zwątpienia w szczerość intencji Stanów Zjednoczonych. Mówienie o znęcaniu się północnokoreańskiego rządu nad zwykłymi obywatelami Korei Płn. jest według samej Korei Płn. jak „wylewanie zimnej wody” na ciepłe uczucia wzbudzone przez niedawny szczyt. Innymi słowy, skupcie się raczej na tych pociskach, jakie ku wam skierowaliśmy, a nie na tych, którymi codziennie się posługujemy, by nękać nasz własny naród.

Takie spostrzeżenia nie powinny zmienić nas w politycznych komentatorów, ale raczej przypominać, jak północnokoreańscy chrześcijanie nauczyli nas modlić się za Koreę Płn., mianowicie, by Kim Dzong Un spotkał Pana Jezusa i został przez Niego przemieniony. Tego typu wypowiedzi są szybko odrzucane przez komentatorów politycznych, jednak nie powinny być tak szybko odrzucane przez chrześcijan. Owszem, Bóg posługuje się państwami, by dyscyplinować, nagradzać i karać inne państwa. Ale Jego działań i celów nie można redukować wyłącznie do takich kwestii. Pismo Święte konsekwentnie przedstawia Boga jako stale skupionego na sercu przywódcy. Jak to się dzieje, że my, ludzie zgłębiający Biblię, tak łatwo dajemy się odwieść od tego przekonania w naszych modlitwach za państwa i ich przywódców, zwłaszcza za Koreę Płn., Stany Zjednoczone i Koreę Płd.?

Być może na tym właśnie w obecnej chwili polega największe niebezpieczeństwo. Podobnie jak król Saul, niecierpliwie składający ofiarę, zamiast poczekać, aż zrobi to Samuel, my, chrześcijanie, jesteśmy zaskakująco gotowi poświęcić to, czego dowiedzieliśmy się od chrześcijan z Korei Płn. – i z samego Pisma Święta – ponieważ naprawdę chcielibyśmy wierzyć, że nasze modlitwy są właśnie wysłuchiwane na naszych oczach. Ocieramy łzy i myślimy, jak przez wiele lat modliliśmy się o przełom w Korei Płn., po czym przyjmujemy Kim Dzong Una i Mun Dze Ina za tych, którzy zdają się ten przełom przynosić. Lecz działający w podziemiu północnokoreańscy chrześcijanie, którzy od ponad stu lat modlą się o nadejście Królestwa – począwszy od okupacji japońskiej, a następnie przez trzy pokolenia Kimów – nauczyli się być bardziej cierpliwi i wybiórczy, jeśli chodzi o Królestwo, o które się modlą. Zostali ukształtowani przez cierpienie i dlatego nie tak łatwo jest ich oszukać. Z dużym prawdopodobieństwem rozpoznają też prawdziwe Królestwo, gdy ono nadejdzie. Poczekajmy więc na ich przemyślenia, rady i rozeznanie.

Gdy bezpośrednio po szczycie rozmawialiśmy z północnokoreańskimi chrześcijanami, ich wstępna reakcja na Deklarację z Panmundżom nie była tak optymistyczna, jak reakcja ich braci i sióstr na świecie. Sądzę, że powinno nas to skłonić do zbadania naszych własnych serc oraz treści naszych modlitw i pielęgnowanych obrazów tego, jak będzie wyglądać Królestwo, gdy już nadejdzie. Powinno nas to także prowadzić do skruchy oraz do zdwojenia wysiłków, by uczyć się od północnokoreańskich chrześcijan – jeśli już nie o niczym innym, to o samej Korei Płn.

Tu w Seulu szykujemy się na długie lato.

Podejmowane są próby zwerbowania niektórych z naszych własnych zwolenników, by nas szpiegowali. Codziennie słychać plotki na temat tego, na który z programów prowadzonych przez naszą misję – wysyłkę balonów z Bibliami, audycje radiowe, ośrodki uczniostwa, szkolenie misyjne dla północnokoreańskich uchodźców – zostaną nałożone ograniczenia w ramach starań rządu Korei Płd. o wypełnienie obietnicy złożonej w Deklaracji z Panmundżom, by „całkowicie powstrzymać wszelkie wrogie działania przeciwko sobie nawzajem w każdej dziedzinie, na lądzie, w powietrzu i na morzu”. Nasze programy radiowe i wysyłka balonów niezmiennie określane są przez Koreę Płn. mianem wrogich działań i na obu tych horyzontach widzieliśmy już burzowe chmury.

Jednak północnokoreańscy chrześcijanie nauczyli nas, byśmy się nie martwili, lecz wszystko postrzegali jako dar z ręki naszego Boga. Z wszelkich nakładanych na nas ograniczeń zawsze wyłaniają się nowe służby wraz z nowymi sposobnościami, by współuczestniczyć w cierpiącej miłości Pana Jezusa Chrystusa do Koreańczyków, gdziekolwiek się znajdują. Nasza grupa ewangelizacyjna zawsze była aktywna i nadal taką pozostaje. Może jeszcze nie jesteśmy w stanie otwarcie dzielić się tym, co robimy i planujemy, ale dokładamy starań, by jak najmniej czasu, energii czy pieniędzy poświęcać na protesty lub martwienie się, a jak najwięcej na współpracę z północnokoreańskim Kościołem w docieraniu z ewangelią do Koreańczyków z Północy – już dzisiaj i na każdym miejscu. Deklaracja z Panmudżnom ani nie pomaga w realizacji tego celu, ani go nie opóźnia. Nie opiewamy jej postanowień ani się nimi nie martwimy. Północnokoreańscy chrześcijanie nauczyli nas, byśmy pozostawali skupieni na takim pokoju i wolności, jakich rządy nie są w stanie zapewnić, powstrzymać lub osiągnąć. Działający w podziemiu północnokoreańscy wierzący żyją w tym właśnie pokoju i wolności w Chrystusie już od ponad stu lat i są skłonni nauczyć resztę z nas, jak to się robi. Musimy tylko zechcieć poczekać na ich głos, i na Jego głos, oraz uczyć się w duchu pokory i cierpliwości, który przewyższa najnowszy, stworzony dla potrzeb Internetu cykl medialny.

źródło: Głos Prześladowanych Chrześcijan

Zobacz również

Philip Kosnett i inni

Turcja: Pastor Andrew Brunson wciąż więziony

Amerykański urzęnij w Ankarze powiedział, że ciągłe przetrzymywanie przez Turcję pastora Andrew Brunsona w sprawie …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *